Moja przygoda z karate i z Japonią, bo w moim
życiu te sprawy wciąż przeplatały się ze sobą, zaczęła się w dzieciństwie, jak
u wielu chłopaków od filmów Akiry Kurosawy. Pamiętam, że byłem pod wrażeniem
niedościgłych wojowników bushi, ich perfekcji w walce mieczem i cech
charakteru, trudnych dla mnie wtedy do zrozumienia, ale fascynujących, gdzie
brutalność przeplatała się z wyczuciem piękna, a duma z uległością wobec
swojego pana. Bushido. W tym też czasie
oglądałem pierwsze filmy z tzw. nurtu kung-fu z Brucem Lee, Chuckiem Norrisem.
Biegłość w sztuce walki gołymi rękoma urzekała swoim pięknem i skutecznością.
Zaintrygowany nieznanym mi światem wędrowałem po księgarniach ,
wypożyczałem i czytałem książki związane z Japonią, walką na "puste ręce". W
takie dni, wieczorami, w moim pokoju gościli samurajowie, wielki przywódca Nobunaga
Oda, shoguni z rodu Tokugawa oraz Yoritomo Minamoto, mistrzowie wykuwania mieczy.
Chłonąłem piękno
doskonałych mieczy - tachi,
katana, tanto, łuków, zbroi, zaprzyjaźniłem się z łucznictwem kyudo,
dawnymi mistrzami sumo.
Któregoś dnia, wracając z zajęć na Uniwersytecie Warszawskim do
domu, zajrzałem przez uchylone drzwi do sali gimnastycznej. Zobaczyłem postacie
ubrane w białe stroje i kolorowe obi, rytmicznie powtarzające ruchy stojącego
przed nimi nauczyciela, przepasanego czarnym pasem. Byli skupieni. Czuło się surową,
niemal wojskową dyscyplinę. Na ścianie wisiało kakemono, na którym była twarz
starca i dziwne napisy w języku japońskim. Nagle, na komendę, wszyscy usiedli
na piętach w równym rzędzie, i tylko nauczyciel zaczął wykonywać coś pięknego i
niewiarygodnego; zadając ciosy rękami i nogami, przemieszczał się w dziwnym,
hipnotycznym rytmie. Po porażającym okrzyku zastygł w bezruchu. Cisza. Byłem
urzeczony, nie mogłem się poruszyć. Dopiero po wielu latach, odtwarzając z
pamięci jego ruchy, miałem odkryć, że nauczyciel wykonywał wtedy kata Bassai
Dai.
I znów zacząłem gromadzić informacje, tym razem głównie o
sztukach walki. Pojawił się Ueshiba, Kano, Oyama, potem wielu mistrzów z
Okinawy, m.in. Itosu, Funakoshi (tak, wtedy przypomniałem sobie; to on był na kakemono
w tej sali!). Gdzieś zdobyłem,
przetłumaczone na polski, ale porozrywane
od wielokrotnego czytania, "Opowieści o mistrzach z Okinawy", autorstwa Shoshina
Nagamine.
Dużo rozmyślałem o ćwiczeniu karate. Pamiętam, że jeden z moich
kolegów trenował kyokushin. Był skromny, ale w końcu ulegał moim namowom i
opowiadał , choć niechętnie, o ciężkich treningach, pompkach na kostkach,
wysokich wymaganiach, zawodach i satysfakcji. Zawsze kończył: Sam spróbuj! W tamtym
okresie z zapałem grałem w tenisa ziemnego i piłkę nożną. Karate było obok, dosłownie
w zasięgu ręki, wystarczyło pójść z kolegą na trening... Nie poszedłem. Dlaczego?
Do dziś nie wiem.
Kiedyś, idąc ulicą Rozbrat w Warszawie, znalazłem męski portfel.
Rozejrzałem się, ale nikogo w pobliżu nie było. W domu otworzyłem go i przejrzałem.
Zobaczyłem notatki, wiele wizytówek, polskich i zagranicznych oraz obok
polskich i amerykańskich banknotów - jeny. Wśród bilonu była jedna dziwna
moneta, z dziurką w środku, przewiązana złotą wstążeczką z kokardką. Zadzwoniłem
pod warszawski numer telefonu widoczny na jednej z wizytówek z polskim imieniem,
ale z azjatyckim nazwiskiem. Trafiłem. Odebrała żona właściciela portfela.
Okazało się, że jej mężem jest Japończyk, pracujący w ambasadzie czy też w przedstawicielstwie
japońskim, już nie pamiętam gdzie. Umówiłem się z nią następnego dnia, by
portfel oddać. Kiedy sympatyczna pani portfel odebrała, bardzo mi podziękowała,
gdyż największą wartością portfela dla jej męża były notatki i wizytówki.
Zapytała mnie się, czy zechcę przyjąć coś z portfela jako tzw. znaleźne. Wtedy
odważyłem się zapytać o dziwną monetę ze wstążeczką. Pani uśmiechnęła się i
powiedziała mi, że jest to moneta 5-jenowa, noszona przez wielu Japończyków ,
wierzących w to, że przynosi szczęście i powodzenie w życiu. Wyjęła z portfela monetę i
podarowała mi na pamiątkę. Od tamtej pory minęło już wiele lat, a ta moneta
jest moim wiernym towarzyszem, noszę ją przy sobie. Na szczęście? Na pamiątkę?
Nie wiem...
Po raz kolejny wróciło wtedy zainteresowanie Japonią. Ale już
dojrzalsze, głębsze. Zainteresowałem się
kulturą, tradycjami ceremonii herbacianej chanoyu, teatrem kabuki, historią. Potem przyszedł czas na dzieła mistrzów zen- chińskich, japońskich
i nie tylko, takich jak Ma-tsu, Suzuki, Philip Kapleau. Wtedy też zapadła mi w
pamięć maksyma:
Po co się martwić o życie?
Spójrz na wierzbę nad rzeką
Stoi tam patrząc, jak przepływa woda
Przypadkiem w moje ręce wpadła niepozorna książeczka "Haiku",
zawierająca utwory największych mistrzów tego gatunku poezji w tłumaczeniu Czesława
Miłosza. To było niesamowite! Haiku, zwłaszcza pisane przez Basho, zrobiło na mnie
piorunujące wrażenie; takie dotknięcie poezji wprost, która jest tu i teraz!
Kiedy czytałem haiku, dotykałem księżyca rękami tych, którzy o tym pisali,
spadałem z kroplami rosy, stałem w oknie patrząc na Fuji, umierałem z ostatnim
muśnięciem wiatru w gałęziach śliwy i potykałem się o własne sandały...
Po 2000 roku zaczęto w Polsce wydawać lub wznawiać wiele
wartościowych książek związanych z Japonią. Pojawiła się mistrzowska proza Yasunariego
Kawabaty, ponadto "Gorin-no Sho: Księga pięciu kręgów" Musashiego, "Sztuki walki
samurajów" Tanaki, książki Henryka Sochy o zamkach i mieczach samurajskich, tsubach,
czy też pozycja S.Mola o jujutsu. Również
ukazało się wiele wydawnictw o karate, przede wszystkim "KARATE-DO.
Moje życie" Funakoshiego, "Droga karate" Egamiego oraz podręczniki
Nakayamy, Nishiyamy, Oyamy i innych autorów.
Miecz jest duszą
samuraja, jeżeli kto o nim zapomni lub go utraci, nie będzie mu to odpuszczone.
I zaraz słowa Funakoshiego, który mówił, że w
karate twoje dłonie i nogi są jakby mieczami, którymi walczysz...
Któregoś roku, przebywając w Krakowie, po raz pierwszy odwiedziłem
Centrum Sztuki i Techniki
Japońskiej "Manggha". Kontakt z japońską sztuką, zwłaszcza z
malarstwem i kaligrafią, był dużym przeżyciem. Podobnie błysk perfekcyjnie
wykonanych kling oryginalnych katan czy doskonałe w swej prostocie i pięknie,
surowe zdobienia rzeczy codziennego użytku utkwiły mocno w mojej pamięci. Od
tamtej pory, zawsze, gdy jestem w Krakowie, zaglądam do "Mangghi". I nigdy się
nie zawiodłem. Wciąż nowe ekspozycje. A w księgarni są zawsze książki o
kulturze, sztuce, nieraz wiersze...
Moja siostra Ania mieszka we Wrocławiu. Kiedyś, gdy przyjechałem
do niej w odwiedziny, zrobiła mi niespodziankę - zabrała mnie do ogrodu
japońskiego. Zaprojektował go prof. Ikuya Nishikawa. Nie jest rozległy.
Znajdują się tu dwie kaskady wodne, drewniane budowle, mostki, japońskie
latarnie, egzotyczna roślinność, kamienie. I te barwy, cienie...Siedzieliśmy
z siostrą w ciszy nad wodą, karmiąc ptaki. Nic nie trzeba było mówić. Minęło
wiele lat od czasu, kiedy przypadkowo zajrzałem do sali gimnastycznej, gdzie
zafascynowany zastygłem w bezruchu, obserwując wykonywane kata. Byłem teraz
dojrzałym mężczyzną. A moje karate?
Zarówno
w Polsce, jak i na świecie, karate jest rozbite na wiele rywalizujących
organizacji. Do najważniejszych
należą: WKF-World
Karate Federation, WKO - World Karate Organization, WUKO-World Union of
Karate-do Organizations czy ITKF - International Traditional Karate Federation. Jeszcze więcej jest stylów, spośród których dominujące to shotokan w kilku odmianach
oraz style związane z kyokushin. Ciekawostką jest, że kyokushin w Polsce ma
swoją legendę w osobie Sensei`a Drewniaka, który kiedyś, mając już stopień
mistrzowski, wyjechał do Japonii (wtedy karate było tam bardzo popularne...), chcąc się dalej szkolić. Japończycy nie uznali
jego pasa i stopnia mistrzowskiego; położyli przed nim białe obi
początkującego. Podjął wyzwanie. Przez ponad rok nieustannego treningu w
japońskim dojo wywalczył sobie prawo do tego, by uznano jego mistrzowski
stopień. Obok karate są uprawiane i inne sztuki walki, na przykład judo,
aikido, sumo, kendo. Istnieją też szkoły taekwondo, muai tai, kravmaga, combat i
inne. Przeglądając informacje o
stylach karate, mnie najbardziej przypadł do gustu shotokan, ale w wydaniu tradycyjnym,
gdzie dużą wagę przywiązuje się do tradycji, etykiety dojo, a nauka nie
jest nastawiona na wyczyn sportowy, tylko na doskonalenie siebie i swoich umiejętności.
Karate-do...
Nie grałem już w tenisa, za to lubiłem jeździć na rowerze, w
soboty biegać, chodzić czasem na siłownię. Nieraz mijałem budynek, na którym widniała
tabliczka z napisem WAKT - Warszawska Akademia Karate Tradycyjnego. Doprawdy,
nie wiem, jak się to stało, co mną kierowało. Któregoś dnia tam poszedłem...
Sala gimnastyczna. Drewniana podłoga. Z początku wszystko było
obce, nowe. Zazen, mokuso. Tylko na ścianie, na kakemono,
dostrzegłem znajomą, surową twarz mistrza Funakoshiego. "Karate ni sente nashi..."
(„Karate nigdy nie uderza pierwsze...") Byłem najstarszym wiekiem z ćwiczących.
I
to w podkoszulku i szortach! Dopiero
po pewnym czasie miałem swoje karategi, a Sensei wręczył mi obi, białe jak śnieg.
Wtedy zacząłem swoją drogę karate. Pomyślałem
: Tyle lat jest za mną. Gdybym wiele lat wcześniej zaczął trenować!
Mój klub WAKT jest zrzeszony w Polskim Związku Karate
Tradycyjnego, który jest członkiem ITKF . Na czele ITKF stoi Mistrz Hidetaka Nishiyama, mieszkający
na stałe w USA. Okazało się, że mój Sensei w klubie WAKT ma trzecie dan,
niemal co roku jeździ do USA, na miesięczne seminaria do Sensei'a Nishiyamy,
jest także sędzią międzynarodowym. "Niechcący"
bardzo dobrze trafiłem i naprawdę podziwiam go za jego umiejętności, skromność,
spokój. Z zawodu jest nauczycielem wychowania fizycznego w szkole.
Trenowałem wiele miesięcy, sumiennie i uporczywie. Wreszcie
pierwszy egzamin. Ten pierwszy egzamin pamiętam najlepiej, chociaż każdy
kolejny jest dla mnie przeżyciem. Po treningu, wszyscy ćwiczący siedli na
tatami. Patrzyli na mnie. Wykonałem wymagany kihon, potem kata. A na końcu Sensei wybrał mi przeciwnika do
ippon kihon kumite. Po wszystkim podszedł do mnie, skinął głową.
Ukłoniłem się. Wracałem do domu w skupieniu. Zdałem. Na następnym treningu od Sensei'a otrzymałem
nowy, żółty pas.
Bardzo lubię kata. Lubię je oglądać w mistrzowskim wykonaniu. Kata
to esencja karate. Swoje ulubione kata powtarzam w lato w ogrodzie przy domu,
otoczonym tujami, zasłaniającymi ciekawskim widok. Kata na powietrzu, wśród
zieleni. Wśród nich jedno szczególnie ważne dla mnie, wspomnienie -Bassai
Dai... Od Sensei`a dostałem
książkę "Shoto-kan kata" S.Sugiyamy wraz z odręczną dedykacją Mistrza Nishiyamy
;mój Sensei przywiózł ją dla mnie z USA po jednym z seminariów u Mistrza.
To wielka przyjemność móc ćwiczyć z Mistrzem. Móc go słuchać i
poznać. W tym roku, w maju, odbyło się w Warszawie Międzynarodowe Seminarium
Karate Tradycyjnego, które prowadził Sensei Hidetaka Nishiyama. Byłem na nim,
wśród 300 karateków z kilkunastu krajów. Większość miała mistrzowskie stopnie
dan. Seminarium trwało 2 dni. Była wiosna, ciepło, letnia pogoda. W kilkurzędach, na dużej sali, po rozgrzewce, oczekiwaliśmy na Sensei`a.
Powoli, małymi kroczkami, poszedł na środek, pod obraz swojego wielkiego nauczyciela
i mistrza, Sensei`a Funakoshiego, stanął pomiędzy flagami: polską i japońską. Pochylił
głowę. Przez okno wpadały promienie słońca...
Całe seminarium poświęcone było tematowi podstaw karate
tradycyjnego. Sensei Nishiyama nie tylko perfekcyjnie demonstrował techniki,
sposoby ich wykonania, ale również wyjaśniał źródła ruchu ciała niezbędne do
wykonania jakiejś konkretnej akcji i omawiał ideę, która ukryta jest za daną
techniką.
Przedstawiał znaczenie pełnej koncentracji, energii umysłowej i
duchowej ki. Omawiał ideę "ciosu kończącego". Wszystkie
techniki w trakcie seminarium były prezentowane na poważnie, ale Sensei
Nishiyama demonstrował nieraz coś w sposób zabawny, przez co seminarium nie
było ciężkim treningiem, a raczej pouczającym doświadczeniem. Czas mijał
niezwykle szybko. Następnego dnia Sensei mówił o kumite, pokazywał istotne
elementy dla techniki i strategii walki, a my, co chwila w parach wykonywaliśmy
kolejne ćwiczenia i techniki, które Nishiyama uprzednio nam przybliżył.
Następnie przeszliśmy do omawiania elementów, jakie są istotne w
treningach kata. To było bardzo pouczające i ciekawe, a dla mnie niezwykle
cenne doświadczenie.
Jako lekcja, seminarium z Sensei`em Nishiyamą było niezastąpione.
Przekazał nam wiele informacji, których nie znajdziemy w żadnej z książek, na
temat zasad karate tradycyjnego i tego, jak należy poprawnie je trenować,
pokazując przy tym, jak w sumie proste są zasady karate tradycyjnego, które
jest zarazem sztuką, wymagającą ciężkiego treningu i ciągłego powtarzania przez
bardzo długi czas. Niektórzy instruktorzy, posiadacze stopni dan, po seminarium
stwierdzili, że nie ocierają się nawet o "powierzchnię" wiedzy, którą posiada
Hidetaka Nishiyama.
W tym roku, w październiku, ITKF zorganizowało w Warszawie Puchar
Świata w karate tradycyjnym, pod patronatem Prezydenta Polski. Na starcie
stanęło wielu zawodników z całego świata, wśród nich nie było żadnego Japończyka.
Potwierdziło to moje przypuszczenia o upadku karate w Japonii...
Czy tam tylko "gajdzini" uprawiają karate!?! Puchar Świata zarówno
wśród mężczyzn, jak i wśród kobiet, wygrali Polacy: Krzysztof Naugebauer oraz
Marta Niewczas. Ciekawy był szczególnie pojedynek finałowy Krzysztofa z Gomezem
z Argentyny, jedną z legend karate tradycyjnego. Siedziałem na trybunach i trzymałem kciuki za
Krzysztofa...
Udało się! Wygrał! Puchar Świata wręczył Polakom Hidetaka Nishiyama.
Napiszę jeszcze słów parę o samym Hidetace
Nishiyamie. Urodził się w 1928 roku w Tokio. W 16. roku życia osiągnął w kendo
3 dan. W 1943 roku zaczął trenować karate w dojo shotokan,
u Sensei`a Funakoshiego. Wkrótce został kapitanem drużyny karate Uniwersytetu
Takushoku w Tokio. W 1951 roku ukończył studia na kierunku ekonomicznym. Potem
zasiadał we władzach Nihon Karate Kyokai, a w 1955 roku założył Japan Karate
Association i stanął na jej czele. Szkolił instruktorów i mistrzów, dokonywał
standaryzacji kata, przeprowadzał pokazy w placówkach Amerykańskich Sił
Powietrznych w USA. W 1961 roku przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych na
stałe. Założył All American Karate Federation i zorganizował pierwsze mistrzostwa
w karate w USA, a w 1965 roku pierwsze mistrzostwa w karate USA - Japonia. Założył World Union of Karate Organization -
WUKO, w której na początku lat 70. nastąpił podział ; Hidetaka Nishiyama stanął
na czele International American Karate Federation (IAKF). W 1975 roku zorganizował
pierwsze mistrzostwa świata w karate. Obecnie
Sensei Hidetaka Nishiyama jest Przewodniczącym Międzynarodowej Federacji Karate
Tradycyjnego ITKF z siedzibą w Los Angeles.
Oczywiście, mam swoją pracę, rodzinę, różne zainteresowania,
przyjaciół. Ale, o czym wyżej Wam napisałem, w tym wszystkim jest miejsce dla karate,
które jest dla mnie ciągle ważne. To nierozdzielna część mojego życia. Karate
jest ze mną w pracy, w domu, wszędzie. Patrząc wstecz myślę, że prędzej czy
później tak musiało być. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie trenować
karate. Nic to, że późno zacząłem. Nic to, że moje umiejętności nie są
wyjątkowe. To moja droga. Mam
marzenie - chciałbym móc pochylić się z wdzięcznością i szacunkiem nad granitowym
nagrobkiem przy świątyni Engakuji w Kamakurze, w miejscu, gdzie spoczywa Mistrz
Funakoshi, dzięki któremu karate trafiło i do mnie. Może
kiedyś, kto wie...
Paweł z Warszawy
|