Strona
Polska
Japonii
informacje, zdjęcia, artykuły
MOJA DROGA DO KARATE

(artykuł dla Strony Polskiej napisał nasz Czytelnik)

rok 2005

 
Moja przygoda z karate i z Japonią, bo w moim życiu te sprawy wciąż przeplatały się ze sobą, zaczęła się w dzieciństwie, jak u wielu chłopaków od filmów Akiry Kurosawy. Pamiętam, że byłem pod wrażeniem niedościgłych wojowników bushi, ich perfekcji w walce mieczem i cech charakteru, trudnych dla mnie wtedy do zrozumienia, ale fascynujących, gdzie brutalność przeplatała się z wyczuciem piękna, a duma z uległością wobec swojego pana. Bushido. W tym też czasie oglądałem pierwsze filmy z tzw. nurtu kung-fu z Brucem Lee, Chuckiem Norrisem. Biegłość w sztuce walki gołymi rękoma urzekała swoim pięknem i skutecznością.

Zaintrygowany nieznanym mi światem wędrowałem po księgarniach , wypożyczałem i czytałem książki związane z Japonią, walką na "puste ręce". W takie dni, wieczorami, w moim pokoju gościli samurajowie, wielki przywódca Nobunaga Oda, shoguni z rodu Tokugawa oraz Yoritomo Minamoto, mistrzowie wykuwania mieczy. Chłonąłem piękno doskonałych mieczy - tachi, katana, tanto, łuków, zbroi, zaprzyjaźniłem się z łucznictwem kyudo, dawnymi mistrzami sumo.

Funakoshi Któregoś dnia, wracając z zajęć na Uniwersytecie Warszawskim do domu, zajrzałem przez uchylone drzwi do sali gimnastycznej. Zobaczyłem postacie ubrane w białe stroje i kolorowe obi, rytmicznie powtarzające ruchy stojącego przed nimi nauczyciela, przepasanego czarnym pasem. Byli skupieni. Czuło się surową, niemal wojskową dyscyplinę. Na ścianie wisiało kakemono, na którym była twarz starca i dziwne napisy w języku japońskim. Nagle, na komendę, wszyscy usiedli na piętach w równym rzędzie, i tylko nauczyciel zaczął wykonywać coś pięknego i niewiarygodnego; zadając ciosy rękami i nogami, przemieszczał się w dziwnym, hipnotycznym rytmie. Po porażającym okrzyku zastygł w bezruchu. Cisza. Byłem urzeczony, nie mogłem się poruszyć. Dopiero po wielu latach, odtwarzając z pamięci jego ruchy, miałem odkryć, że nauczyciel wykonywał wtedy kata Bassai Dai.
I znów zacząłem gromadzić informacje, tym razem głównie o sztukach walki. Pojawił się Ueshiba, Kano, Oyama, potem wielu mistrzów z Okinawy, m.in. Itosu, Funakoshi (tak, wtedy przypomniałem sobie; to on był na kakemono w tej sali!). Gdzieś zdobyłem, przetłumaczone na polski, ale porozrywane od wielokrotnego czytania, "Opowieści o mistrzach z Okinawy", autorstwa Shoshina Nagamine.

Dużo rozmyślałem o ćwiczeniu karate. Pamiętam, że jeden z moich kolegów trenował kyokushin. Był skromny, ale w końcu ulegał moim namowom i opowiadał , choć niechętnie, o ciężkich treningach, pompkach na kostkach, wysokich wymaganiach, zawodach i satysfakcji. Zawsze kończył: Sam spróbuj! W tamtym okresie z zapałem grałem w tenisa ziemnego i piłkę nożną. Karate było obok, dosłownie w zasięgu ręki, wystarczyło pójść z kolegą na trening... Nie poszedłem. Dlaczego? Do dziś nie wiem.

5 jenow Kiedyś, idąc ulicą Rozbrat w Warszawie, znalazłem męski portfel. Rozejrzałem się, ale nikogo w pobliżu nie było. W domu otworzyłem go i przejrzałem. Zobaczyłem notatki, wiele wizytówek, polskich i zagranicznych oraz obok polskich i amerykańskich banknotów - jeny. Wśród bilonu była jedna dziwna moneta, z dziurką w środku, przewiązana złotą wstążeczką z kokardką. Zadzwoniłem pod warszawski numer telefonu widoczny na jednej z wizytówek z polskim imieniem, ale z azjatyckim nazwiskiem. Trafiłem. Odebrała żona właściciela portfela. Okazało się, że jej mężem jest Japończyk, pracujący w ambasadzie czy też w przedstawicielstwie japońskim, już nie pamiętam gdzie. Umówiłem się z nią następnego dnia, by portfel oddać. Kiedy sympatyczna pani portfel odebrała, bardzo mi podziękowała, gdyż największą wartością portfela dla jej męża były notatki i wizytówki. Zapytała mnie się, czy zechcę przyjąć coś z portfela jako tzw. znaleźne. Wtedy odważyłem się zapytać o dziwną monetę ze wstążeczką. Pani uśmiechnęła się i powiedziała mi, że jest to moneta 5-jenowa, noszona przez wielu Japończyków , wierzących w to, że przynosi szczęście i powodzenie w życiu. Wyjęła z portfela monetę i podarowała mi na pamiątkę. Od tamtej pory minęło już wiele lat, a ta moneta jest moim wiernym towarzyszem, noszę ją przy sobie. Na szczęście? Na pamiątkę? Nie wiem...

Po raz kolejny wróciło wtedy zainteresowanie Japonią. Ale już dojrzalsze, głębsze. Zainteresowałem się kulturą, tradycjami ceremonii herbacianej chanoyu, teatrem kabuki, historią. Potem przyszedł czas na dzieła mistrzów zen- chińskich, japońskich i nie tylko, takich jak Ma-tsu, Suzuki, Philip Kapleau. Wtedy też zapadła mi w pamięć maksyma:
Po co się martwić o życie?
Spójrz na wierzbę nad rzeką
Stoi tam patrząc, jak przepływa woda

Przypadkiem w moje ręce wpadła niepozorna książeczka "Haiku", zawierająca utwory największych mistrzów tego gatunku poezji w tłumaczeniu Czesława Miłosza. To było niesamowite! Haiku, zwłaszcza pisane przez Basho, zrobiło na mnie piorunujące wrażenie; takie dotknięcie poezji wprost, która jest tu i teraz! Kiedy czytałem haiku, dotykałem księżyca rękami tych, którzy o tym pisali, spadałem z kroplami rosy, stałem w oknie patrząc na Fuji, umierałem z ostatnim muśnięciem wiatru w gałęziach śliwy i potykałem się o własne sandały...

Po 2000 roku zaczęto w Polsce wydawać lub wznawiać wiele wartościowych książek związanych z Japonią. Pojawiła się mistrzowska proza Yasunariego Kawabaty, ponadto "Gorin-no Sho: Księga pięciu kręgów" Musashiego, "Sztuki walki samurajów" Tanaki, książki Henryka Sochy o zamkach i mieczach samurajskich, tsubach, czy też pozycja S.Mola o jujutsu. Również ukazało się wiele wydawnictw o karate, przede wszystkim "KARATE-DO. Moje życie" Funakoshiego, "Droga karate" Egamiego oraz podręczniki Nakayamy, Nishiyamy, Oyamy i innych autorów.

katana Miecz jest duszą samuraja, jeżeli kto o nim zapomni lub go utraci, nie będzie mu to odpuszczone. I zaraz słowa Funakoshiego, który mówił, że w karate twoje dłonie i nogi są jakby mieczami, którymi walczysz...

Któregoś roku, przebywając w Krakowie, po raz pierwszy odwiedziłem Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha". Kontakt z japońską sztuką, zwłaszcza z malarstwem i kaligrafią, był dużym przeżyciem. Podobnie błysk perfekcyjnie wykonanych kling oryginalnych katan czy doskonałe w swej prostocie i pięknie, surowe zdobienia rzeczy codziennego użytku utkwiły mocno w mojej pamięci. Od tamtej pory, zawsze, gdy jestem w Krakowie, zaglądam do "Mangghi". I nigdy się nie zawiodłem. Wciąż nowe ekspozycje. A w księgarni są zawsze książki o kulturze, sztuce, nieraz wiersze...

Moja siostra Ania mieszka we Wrocławiu. Kiedyś, gdy przyjechałem do niej w odwiedziny, zrobiła mi niespodziankę - zabrała mnie do ogrodu japońskiego. Zaprojektował go prof. Ikuya Nishikawa. Nie jest rozległy. Znajdują się tu dwie kaskady wodne, drewniane budowle, mostki, japońskie latarnie, egzotyczna roślinność, kamienie. I te barwy, cienie...Siedzieliśmy z siostrą w ciszy nad wodą, karmiąc ptaki. Nic nie trzeba było mówić. Minęło wiele lat od czasu, kiedy przypadkowo zajrzałem do sali gimnastycznej, gdzie zafascynowany zastygłem w bezruchu, obserwując wykonywane kata. Byłem teraz dojrzałym mężczyzną. A moje karate?

Zarówno w Polsce, jak i na świecie, karate jest rozbite na wiele rywalizujących organizacji. Do najważniejszych należą: WKF-World Karate Federation, WKO - World Karate Organization, WUKO-World Union of Karate-do Organizations czy ITKF - International Traditional Karate Federation. Jeszcze więcej jest stylów, spośród których dominujące to shotokan w kilku odmianach oraz style związane z kyokushin. Ciekawostką jest, że kyokushin w Polsce ma swoją legendę w osobie Sensei`a Drewniaka, który kiedyś, mając już stopień mistrzowski, wyjechał do Japonii (wtedy karate było tam bardzo popularne...), chcąc się dalej szkolić. Japończycy nie uznali jego pasa i stopnia mistrzowskiego; położyli przed nim białe obi początkującego. Podjął wyzwanie. Przez ponad rok nieustannego treningu w japońskim dojo wywalczył sobie prawo do tego, by uznano jego mistrzowski stopień. Obok karate są uprawiane i inne sztuki walki, na przykład judo, aikido, sumo, kendo. Istnieją też szkoły taekwondo, muai tai, kravmaga, combat i inne. Przeglądając informacje o stylach karate, mnie najbardziej przypadł do gustu shotokan, ale w wydaniu tradycyjnym, gdzie dużą wagę przywiązuje się do tradycji, etykiety dojo, a nauka nie jest nastawiona na wyczyn sportowy, tylko na doskonalenie siebie i swoich umiejętności. Karate-do...

Nie grałem już w tenisa, za to lubiłem jeździć na rowerze, w soboty biegać, chodzić czasem na siłownię. Nieraz mijałem budynek, na którym widniała tabliczka z napisem WAKT - Warszawska Akademia Karate Tradycyjnego. Doprawdy, nie wiem, jak się to stało, co mną kierowało. Któregoś dnia tam poszedłem...

Sala gimnastyczna. Drewniana podłoga. Z początku wszystko było obce, nowe. Zazen, mokuso. Tylko na ścianie, na kakemono, dostrzegłem znajomą, surową twarz mistrza Funakoshiego. "Karate ni sente nashi..." („Karate nigdy nie uderza pierwsze...") Byłem najstarszym wiekiem z ćwiczących. I to w podkoszulku i szortach! Dopiero po pewnym czasie miałem swoje karategi, a Sensei wręczył mi obi, białe jak śnieg. Wtedy zacząłem swoją drogę karate. Pomyślałem : Tyle lat jest za mną. Gdybym wiele lat wcześniej zaczął trenować!

Mój klub WAKT jest zrzeszony w Polskim Związku Karate Tradycyjnego, który jest członkiem ITKF . Na czele ITKF stoi Mistrz Hidetaka Nishiyama, mieszkający na stałe w USA. Okazało się, że mój Sensei w klubie WAKT ma trzecie dan, niemal co roku jeździ do USA, na miesięczne seminaria do Sensei'a Nishiyamy, jest także sędzią międzynarodowym. "Niechcący" bardzo dobrze trafiłem i naprawdę podziwiam go za jego umiejętności, skromność, spokój. Z zawodu jest nauczycielem wychowania fizycznego w szkole.

Trenowałem wiele miesięcy, sumiennie i uporczywie. Wreszcie pierwszy egzamin. Ten pierwszy egzamin pamiętam najlepiej, chociaż każdy kolejny jest dla mnie przeżyciem. Po treningu, wszyscy ćwiczący siedli na tatami. Patrzyli na mnie. Wykonałem wymagany kihon, potem kata. A na końcu Sensei wybrał mi przeciwnika do ippon kihon kumite. Po wszystkim podszedł do mnie, skinął głową. Ukłoniłem się. Wracałem do domu w skupieniu. Zdałem. Na następnym treningu od Sensei'a otrzymałem nowy, żółty pas.

Bardzo lubię kata. Lubię je oglądać w mistrzowskim wykonaniu. Kata to esencja karate. Swoje ulubione kata powtarzam w lato w ogrodzie przy domu, otoczonym tujami, zasłaniającymi ciekawskim widok. Kata na powietrzu, wśród zieleni. Wśród nich jedno szczególnie ważne dla mnie, wspomnienie -Bassai Dai... Od Sensei`a dostałem książkę "Shoto-kan kata" S.Sugiyamy wraz z odręczną dedykacją Mistrza Nishiyamy ;mój Sensei przywiózł ją dla mnie z USA po jednym z seminariów u Mistrza.

To wielka przyjemność móc ćwiczyć z Mistrzem. Móc go słuchać i poznać. W tym roku, w maju, odbyło się w Warszawie Międzynarodowe Seminarium Karate Tradycyjnego, które prowadził Sensei Hidetaka Nishiyama. Byłem na nim, wśród 300 karateków z kilkunastu krajów. Większość miała mistrzowskie stopnie dan. Seminarium trwało 2 dni. Była wiosna, ciepło, letnia pogoda. W kilkurzędach, na dużej sali, po rozgrzewce, oczekiwaliśmy na Sensei`a. Powoli, małymi kroczkami, poszedł na środek, pod obraz swojego wielkiego nauczyciela i mistrza, Sensei`a Funakoshiego, stanął pomiędzy flagami: polską i japońską. Pochylił głowę. Przez okno wpadały promienie słońca...

Całe seminarium poświęcone było tematowi podstaw karate tradycyjnego. Sensei Nishiyama nie tylko perfekcyjnie demonstrował techniki, sposoby ich wykonania, ale również wyjaśniał źródła ruchu ciała niezbędne do wykonania jakiejś konkretnej akcji i omawiał ideę, która ukryta jest za daną techniką.

Przedstawiał znaczenie pełnej koncentracji, energii umysłowej i duchowej ki. Omawiał ideę "ciosu kończącego". Wszystkie techniki w trakcie seminarium były prezentowane na poważnie, ale Sensei Nishiyama demonstrował nieraz coś w sposób zabawny, przez co seminarium nie było ciężkim treningiem, a raczej pouczającym doświadczeniem. Czas mijał niezwykle szybko. Następnego dnia Sensei mówił o kumite, pokazywał istotne elementy dla techniki i strategii walki, a my, co chwila w parach wykonywaliśmy kolejne ćwiczenia i techniki, które Nishiyama uprzednio nam przybliżył.

Następnie przeszliśmy do omawiania elementów, jakie są istotne w treningach kata. To było bardzo pouczające i ciekawe, a dla mnie niezwykle cenne doświadczenie.

Jako lekcja, seminarium z Sensei`em Nishiyamą było niezastąpione. Przekazał nam wiele informacji, których nie znajdziemy w żadnej z książek, na temat zasad karate tradycyjnego i tego, jak należy poprawnie je trenować, pokazując przy tym, jak w sumie proste są zasady karate tradycyjnego, które jest zarazem sztuką, wymagającą ciężkiego treningu i ciągłego powtarzania przez bardzo długi czas. Niektórzy instruktorzy, posiadacze stopni dan, po seminarium stwierdzili, że nie ocierają się nawet o "powierzchnię" wiedzy, którą posiada Hidetaka Nishiyama.

W tym roku, w październiku, ITKF zorganizowało w Warszawie Puchar Świata w karate tradycyjnym, pod patronatem Prezydenta Polski. Na starcie stanęło wielu zawodników z całego świata, wśród nich nie było żadnego Japończyka. Potwierdziło to moje przypuszczenia o upadku karate w Japonii...
Puchar Świata: Krzysztof Naugebauer i Marta Niewczas
Czy tam tylko "gajdzini" uprawiają karate!?! Puchar Świata zarówno wśród mężczyzn, jak i wśród kobiet, wygrali Polacy: Krzysztof Naugebauer oraz Marta Niewczas. Ciekawy był szczególnie pojedynek finałowy Krzysztofa z Gomezem z Argentyny, jedną z legend karate tradycyjnego. Siedziałem na trybunach i trzymałem kciuki za Krzysztofa... Udało się! Wygrał! Puchar Świata wręczył Polakom Hidetaka Nishiyama.

Napiszę jeszcze słów parę o samym Hidetace Nishiyamie. Urodził się w 1928 roku w Tokio. W 16. roku życia osiągnął w kendo 3 dan. W 1943 roku zaczął trenować karate w dojo shotokan, u Sensei`a Funakoshiego. Wkrótce został kapitanem drużyny karate Uniwersytetu Takushoku w Tokio. W 1951 roku ukończył studia na kierunku ekonomicznym. Potem zasiadał we władzach Nihon Karate Kyokai, a w 1955 roku założył Japan Karate Association i stanął na jej czele. Szkolił instruktorów i mistrzów, dokonywał standaryzacji kata, przeprowadzał pokazy w placówkach Amerykańskich Sił Powietrznych w USA. W 1961 roku przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych na stałe. Założył All American Karate Federation i zorganizował pierwsze mistrzostwa w karate w USA, a w 1965 roku pierwsze mistrzostwa w karate USA - Japonia. Założył World Union of Karate Organization - WUKO, w której na początku lat 70. nastąpił podział ; Hidetaka Nishiyama stanął na czele International American Karate Federation (IAKF). W 1975 roku zorganizował pierwsze mistrzostwa świata w karate. Obecnie Sensei Hidetaka Nishiyama jest Przewodniczącym Międzynarodowej Federacji Karate Tradycyjnego ITKF z siedzibą w Los Angeles.

Oczywiście, mam swoją pracę, rodzinę, różne zainteresowania, przyjaciół. Ale, o czym wyżej Wam napisałem, w tym wszystkim jest miejsce dla karate, które jest dla mnie ciągle ważne. To nierozdzielna część mojego życia. Karate jest ze mną w pracy, w domu, wszędzie. Patrząc wstecz myślę, że prędzej czy później tak musiało być. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie trenować karate. Nic to, że późno zacząłem. Nic to, że moje umiejętności nie są wyjątkowe. To moja droga. Mam marzenie - chciałbym móc pochylić się z wdzięcznością i szacunkiem nad granitowym nagrobkiem przy świątyni Engakuji w Kamakurze, w miejscu, gdzie spoczywa Mistrz Funakoshi, dzięki któremu karate trafiło i do mnie. Może kiedyś, kto wie...

Paweł z Warszawy


 POPRZEDNIA STRONA